Mathias Eick – Skala

Mathias Eick – Skala (2011)

Mathias Eick – Skala (2011)

• • • •
ECM (2011)

  • Jazz

Osobiście wyznaję zasadę, że jeśli na płycie znajdzie się choć jeden dobry utwór, cały album uznać należy sine ira et studio za rzecz godną polecenia. Tak właśnie jest w wypadku „Skali”, najnowszej studyjnej propozycji Mathiasa Eicka, i to przynajmniej z kilku powodów. Obdarzony dużym kolorystycznym potencjałem trębacz, kojarzony przede wszystkim z arcyszacownym kolektywem Jaga Jazzist, popełnił materiał zaskakująco lekki, zwiewny i niewymownie wprost melodyjny (by nie rzec: „popowy”), a przy tym bazujący na ascetycznym, stroniącym od elektroniki instrumentarium. I tu pierwsze zaskoczenie. Wydawałoby się bowiem, że artysta o nujazzowym rodowodzie, znany z rozlicznych flirtów z niemal każdą muzyczną stylistyką (by wymienić choćby blackmetalowego Ulvera), czerpać będzie garściami z wiecznie bijącego źródła wszechbrzmienia, w którym przez ostatnie lata dokonywał ablucji. „Skala” okazała się jednak logiczną następczynią debiutanckiego „The Door” (2008), pod względem estetyki niewykraczającą ani na krok poza wyznaczone uprzednio granice. Skromna jazzowa sekcja, stanowiąca trzon prawie wszystkich kompozycji na płycie, z łatwością wydobywa na pierwszy plan przepełnione liryzmem partie lidera. Nie brak też kolorystycznych ozdobników, czy to w postaci harfy Sidsel Walstad, czy tenorowego saksofonu Tore Brunborga, który w utworze tytułowym wdaje się w przemyślany, subtelny dialog z liderem.

Ale skłamałbym, sugerując, że Eick na tej płycie nie zaskakuje. Przeciwnie – dzięki dojrzałemu kompozytorskiemu warsztatowi prowadzi nas przez album niczym oniemiałe dziecko przez sklep z zabawkami. Już pierwsze takty tematu tytułowego – mimo iż ewidentnie garbarkowate – kryją w swej artykulacyjnej oszczędności pierwiastek najprawdziwszego jazzu, cudowną szczerość harmonicznej progresji, muzyczną prawdę bijącą z każdej niemal nuty. Chyba nigdy jeszcze nie był Eick tak bliski skomponowania standardu jak tu właśnie. Leniwie poważny „Biermann” to mój drugi faworyt na krążku. Luźny, nieco ospały temat pozwala słuchaczowi na chirurgicznie precyzyjną analizę wydmuchiwanych z trąbki dźwięków; w chorusie wyraźnie ożywiona sekcja rytmiczna (przewodnia rola fortepianu Andreasa Ulvo) serwuje mroczną ostinatową figurę – gdyby obrać ją z jazzowych harmonii i przyspieszyć, przemieniłaby się yesowskie „Würm”. Na przeciwległym biegunie estetycznym leży tętniące życiem „Oslo”, gdzie uszy budzą się na kilka minut z hipnotycznej drzemki na płaszczyźnie fakturalnej. Dynamiczne, gęsto kładzione na sobie ścieżki trafnie oddają charakter portretowanego miasta, budząc uzasadnione skojarzenia z twórczością macierzystej formacji muzyka.

Eick postawił na muzykę lekką, łatwą i przyjemną. A więc rozrywkową – choć w najlepszym znaczeniu tego słowa (gdzie te czasy, gdy rzecz „rozrywkowa” nie przestawała być „wartościową”?). I choć niektóre zawarte na krążku motywy znakomicie nadałyby się na muzyczny podkład serwowany dzwoniącemu w trakcie oczekiwania na połączenie, to przecież –  jak pisał Libera – gdyby nie było kiczu, nie byłoby wielkiej sztuki. Musi być jakaś skala.

Łukasz Hernik